Ach, „Frankenstein”! To imię, które niczym błyskawica przetacza się przez stulecia, rozświetlając najmroczniejsze zakamarki ludzkiej ambicji i osamotnienia. Mary Shelley stworzyła arcydzieło, które wciąż rezonuje, a ja, jako niepoprawna romantyczka i miłośniczka grozy z nutką sentymentu, zawsze z drżeniem serca wracam do tej historii.
Kiedy usłyszałam, że Guillermo del Toro, maestro od baśniowych potworów i ludzkich dramatów, bierze na warsztat „Frankensteina”, poczułam dreszcz ekscytacji. To było jak obietnica idealnie skrojonego, gotyckiego snu, przesiąkniętego zarówno pięknem, jak i rozdzierającym bólem. Wiadomość o tym, że to jego „projekt marzeń” i że myślał o nim od dekad, tylko podsyciła moje oczekiwania.
Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy śledziłam doniesienia o obsadzie – Oscar Isaac jako Victor Frankenstein, Jacob Elordi jako Stwór, Mia Goth, Christoph Waltz… to brzmiało jak orkiestra gwiazd gotowa zagrać symfonię na najwyższym poziomie.
I oto jest. Film, który w końcu ujrzał światło dzienne, najpierw na festiwalu w Wenecji, potem w wybranych kinach, by ostatecznie wylądować na Netflixie. Moje pierwsze wrażenia? To Guillermo del Toro w czystej postaci – wizualnie oszałamiający, głęboko empatyczny, ale i… nieco zaskakujący w swoim podejściu. Ale o tym za chwilę!
Fabuła (bez spoilerów)
Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają tej ikonicznej opowieści, przypomnijmy w skrócie. „Frankenstein” to historia Victora Frankensteina, błyskotliwego, choć niebezpiecznie egotystycznego naukowca, który w swojej megalomanii postanawia pokonać śmierć i stworzyć życie.
Jego eksperyment kończy się sukcesem, ale to, co powołuje do istnienia, jest dalekie od jego wyidealizowanych wyobrażeń. Rodzi się istota – Stwór – który, choć fizycznie przerażający, okazuje się być wrażliwą i spragnioną akceptacji duszą.
Film del Toro, wierny duchowi oryginału, podąża za tym tragicznym losem, jednocześnie oferując świeże spojrzenie na znane wątki. Widzimy podróż Victora, jego obsesję i ucieczkę przed konsekwencjami własnego geniuszu. Równocześnie zagłębiamy się w samotność i cierpienie Stwora, który, odrzucony przez swojego twórcę i społeczeństwo, szuka miłości i zrozumienia, lecz znajduje jedynie ból i odwet.
To opowieść o potędze stworzenia, odpowiedzialności i tym, co naprawdę czyni nas ludźmi – a także o tym, jak łatwo człowiek staje się potworem, odrzucając to, co inne.
Analiza i moje wrażenia – symfonia zmysłów i bolesnych emocji
Zacznijmy od tego, co u del Toro zawsze urzeka – strony wizualnej. Tu film lśni pełnym blaskiem. Od ponurych, gotyckich scenerii laboratorium w Genewie po malownicze, acz mroczne krajobrazy Europy, każdy kadr to dopieszczony obraz.
Reżyser czerpie inspirację z 18- i 19-wiecznej sztuki, a także z kultowych ilustracji Berniego Wrightsona do „Frankensteina”. To widać w dbałości o szczegóły, w fakturach, w grze światła i cienia, które razem tworzą hipnotyzującą, gęstą atmosferę.
Kostiumy to arcydzieło, zwłaszcza te Elordiego jako Stwora. Zamiast typowego, groteskowego monstrum, dostajemy istotę o „perłowej cerze i delikatnych bliznach”, która jest zarówno piękna, jak i przerażająca. Ta dwoistość idealnie oddaje dylemat Stwora – jego wewnętrzną wrażliwość kontrastującą z zewnętrznym wyglądem.
Del Toro od lat podkreślał, że jego „Frankenstein” miał być przede wszystkim historią emocjonalną, a nie horrorem, i to czuć w każdym calu. Film głęboką empatią podchodzi do postaci Stwora, czyniąc go moralnym sercem narracji. To opowieść o niezrozumieniu, samotności i poszukiwaniu miłości, która rezonuje długo po seansie.
Gra aktorska to absolutny majstersztyk, zwłaszcza duet Isaac-Elordi. Oscar Isaac jako Victor Frankenstein to prawdziwa perełka. Jego Victor to nie tylko szalony naukowiec, ale postać z pełnym łukiem życia, która w miarę rozwoju fabuły staje się coraz bardziej potworna. Isaac perfekcyjnie oddaje wewnętrzne rozterki, arogancję i wreszcie rozpacz Victora.
Jednak to Jacob Elordi kradnie show. Jego kreacja Stwora to coś więcej niż rola – to głębokie, przejmujące doświadczenie. Mimo skomplikowanej charakteryzacji, Elordi sprawia, że jego Stwór jest niewiarygodnie ludzki, wrażliwy i pociągający w swoim cierpieniu. Jego oczy, na które del Toro zwracał szczególną uwagę, mówią więcej niż tysiąc słów.
Film jest wyraźnie podzielony na dwie części, opowiadane z perspektywy Victora, a następnie Stwora, co pozwala nam w pełni zanurzyć się w ich indywidualne doświadczenia. To pozwala budować empatię i zrozumienie dla obu stron konfliktu.
- Zagrało rewelacyjnie:
- Wizualna maestria: Każda scena to dzieło sztuki, od scenerii po najdrobniejsze rekwizyty.
- Jacob Elordi jako Stwór: To nie tylko fizyczna transformacja, ale i emocjonalny wulkan. Jego występ jest sercem filmu.
- Oscar Isaac jako Victor: Perfekcyjnie oddaje złożoność i upadek moralny naukowca.
- Głęboka empatia: Del Toro po raz kolejny pokazuje, że potwory bywają bardziej ludzkie niż ludzie.
- Praktyczne efekty i charakteryzacja: Brak CGI na rzecz tradycyjnego rzemiosła to strzał w dziesiątkę.
- Co mogło być lepiej:
- Pacing: Film rozpoczyna się powoli i metodycznie, co pozwala wczuć się w atmosferę, ale w drugiej połowie tempo drastycznie przyspiesza. Niektóre wątki wydają się przez to nieco pośpieszne.
- Niektóre zmiany fabularne: Chociaż adaptacja jest świeża, niektóre odejścia od książki mogą rozczarować purystów, zwłaszcza że wydają się nieco przyspieszone.
- Zakończenie opowieści Stwora: Czułam pewien niedosyt co do rozwiązania wątku Stwora, jego opowieść wydawała się nie mieć wyraźnego końca.
Emocje? Były. Od zachwytu nad estetyką, przez współczucie dla Stwora, po irytację i złość na Victora. Del Toro umiejętnie prowadzi nas przez labirynt tych uczuć, zmuszając do refleksji nad tym, co to znaczy być człowiekiem i jak łatwo jest stać się potworem, nie posiadając skóry pełnej szwów. Film bogaty jest w katolickie obrazy, co dodaje kolejną warstwę interpretacji do już i tak złożonej historii.
To naprawdę osobista i odważna wizja klasyka, która jednocześnie oddaje hołd materiałowi źródłowemu. Del Toro od lat marzył o tej adaptacji, i widać to w każdym detalu. Czuje się, że jest to kulminacja pewnego cyklu w jego twórczości.
Quiz: Jak dobrze znasz Frankenstein – wizja Guillermo del Toro?
Odpowiedz na 10 pytań i sprawdź swoją wiedzę!
Dla kogo jest ta pozycja?
Film Guillermo del Toro to pozycja obowiązkowa dla fanów reżysera. Jeśli kochasz jego mroczne baśnie, wrażliwość na potwory i zamiłowanie do wizualnej perfekcji, będziesz zachwycona.
To także film dla miłośników klasycznej literatury gotyckiej, którzy cenią sobie wierne oddanie ducha oryginału, ale jednocześnie są otwarci na nowe, autorskie interpretacje. Mimo zmian, rdzeń opowieści Shelley pozostaje nienaruszony.
Jeśli szukasz głębokiego dramatu psychologicznego z elementami fantastyki i horroru, który zmusza do myślenia o naturze człowieczeństwa, to zdecydowanie warto poświęcić mu swój czas. Film ten jest inwestycją w emocje i estetykę.
Czy warto iść do kina/kupić książkę?
Jako film Netflixa, głównie będziemy oglądać go na mniejszym ekranie, ale jeśli byłaś na seansie kinowym (miał ograniczoną dystrybucję), to z pewnością doświadczyłaś jego wizualnej potęgi w pełni.
A książka? Oryginał Mary Shelley to kanon, który każdy powinien przeczytać, a film del Toro jest doskonałym pretekstem, by do niego wrócić lub odkryć go na nowo.
- Zalety:
- Niesamowita wizja artystyczna: Obrazy, scenografia i kostiumy to czysta poezja.
- Wybitna gra aktorska: Isaac i Elordi tworzą niezapomniane kreacje.
- Głębia emocjonalna: Film porusza, skłania do refleksji nad odrzuceniem i poszukiwaniem tożsamości.
- Wierność duchowi oryginału: Zachowuje kluczowe przesłania powieści.
- Wykorzystanie praktycznych efektów: Buduje autentyczność i immersję.
- Wady:
- Nierówna dynamika: Pacing może być problemem dla niektórych widzów.
- Potencjalne rozczarowanie purystów: Niektóre zmiany od oryginalnej fabuły mogą nie przypaść do gustu.
- Kwestia „magnum opus”: Choć świetny, dla niektórych może nie dorównywać innym dziełom del Toro.
Podobało Ci się Frankenstein – wizja Guillermo del Toro?
Sprawdź te rekomendacje, które mogą Cię zainteresować
Podsumowanie i ocena
„Frankenstein” w wizji Guillermo del Toro to nie tylko film, to doświadczenie. To porywająca, choć bolesna podróż do serca gotyckiej grozy, przefiltrowana przez wrażliwość i unikalny styl jednego z najbardziej utalentowanych reżyserów naszych czasów.
Czy to magnum opus del Toro? Może nie. Ale z pewnością jest to film, który pozostaje w pamięci, skłania do refleksji i udowadnia, że nawet najstarsze historie mogą zyskać nowe życie, gdy trafią w odpowiednie ręce.
To list miłosny do literatury, do potworów i do tych, którzy są odrzuceni. To dzieło, które chwyta za serce i nie puszcza.
Moja ocena: 8.5/10. Zdecydowanie warto obejrzeć!
FAQ
Kto wyreżyserował film „Frankenstein” z 2025 roku?
Film „Frankenstein” z 2025 roku został wyreżyserowany, napisany i wyprodukowany przez Guillermo del Toro.
Kiedy miała miejsce premiera filmu „Frankenstein” Guillermo del Toro?
Film miał swoją premierę na 82. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji 30 sierpnia 2025 roku. Następnie trafił do kin w USA 17 października 2025 roku, a globalnie na Netflix 7 listopada 2025 roku.
Kto gra główne role w „Frankensteinie” Guillermo del Toro?
W rolę Victora Frankensteina wcielił się Oscar Isaac, a Stwora zagrał Jacob Elordi. W obsadzie znaleźli się również Mia Goth i Christoph Waltz.
Czym film del Toro różni się od innych adaptacji „Frankensteina”?
Guillermo del Toro skupił się na emocjonalnej stronie historii i empatii wobec Stwora, przedstawiając go jako moralne centrum narracji i „nienarodzone” dziecko, a nie tylko groteskowego potwora. Film nie jest dosłowną adaptacją, lecz „historią przygodową, w którą zaangażowany jest Stwór” i czerpie inspirację z ilustracji Berniego Wrightsona.
Czy film „Frankenstein” Guillermo del Toro jest horrorem?
Sam Guillermo del Toro określił swój film jako „niezwykle emocjonalną historię”, a nie horror. Skupia się na dramacie postaci i ich wewnętrznych przeżyciach.
